piątek, 20 listopada 2015

Już nawet nie pamiętam jak to było. Nie wiem czy podświadomie nie wyparłam tego okropnego stanu odrzucenia, kiedy waga pokazywała 125kg. Świat wtedy był okrutny, ludzie byli brutalni, słowa tak bardzo raniły. Przepłakałam wiele dni, wmawiając sobie,że taki jest mój los, tak własnie ma wyglądać moje życie. Ludzie w obliczu otyłości pokazują swoje prawdziwe oblicze. Dzielą się na tych którzy
a) współczują i szanują bez względu na wymiary i gabaryty
b) niszczą, bo uważają,że waga jest wyznacznikiem wartości człowieka.
Pech chciał,że w okresie dorastania spotykałam tych drugich, którzy dawali sobie prawo niszczyć mnie jako dziewczynkę, którzy przyczynili się do tego jak słaba byłam.

Otyła byłam zawsze, 

od dziecka, zawsze okrąglejsza, zawsze większa w udach.Na początku słodka i pulchniutka, potem "ładna z twarzy, ale za duża". Zawsze byłam "ładna z twarzy".Powtarzano mi to, by dać odczuć,że nie jest tak źle, przecież zawsze mogłam być też brzydka,prawda?
Ludzie wytykali mnie na ulicy. Gdy próbowałam biegać po parku słyszałam komentarze o zawale serca. Gdy chciałam zjeść batona widziałam wzrok wszystkich wkoło. Łatwo jest ocenić człowieka po tym co widzimy, łatwo wysnuć hipotezy o jego życiu, diecie, zawartości lodówki. Mając 16 lat płakałam więcej niż nie jedna, dorosła kobieta. Siedziałam w wannie i szlochałam, nie do końca wiedząc co robić. Rodzice byli zawsze szczupli i nigdy nie mieli problemów z wagą. Ja byłam sama, w niemalże całej rodzinie. Rozmiary ubrań rosły w ogromnym tempie. Kiedyś, stojąc na przystanku w głowie ciągle mówiłam sobie "14 lat i 105 kg". Jak mantra, do póki nie wybuchłam płaczem. Karałam siebie, brzydziłam się siebie. W pewnym momencie nawet przywykłam do tego jak wyglądam. Widocznie tak miało być.Co chyba była najgorsze w tym całym nieszczęściu. Najgorzej jest gdy przestajemy walczyć,gdy bierzemy życie takim jakie nam się daje, gdy tracimy moc sprastwa i decydowania o sobie samym.

 Nosiłam rozmiar 52/54. Do dziś dziwie się skąd brałam te ubrania. Były ogromne, jak ja. Żyłam sobie w tym nieszczęściu, w tych ubraniach wielkich jak namiot cyrkowy i przyjmowałam od losu coraz to nowe kłody.

Kłodą pierwszą był trądzik. Kłodą drugą był chory woreczek żółciowy, który należało natychmiast wyciąć. Kłodą trzecią była insulinooporność. Kłodą czwartą zapalenie żołądka i jelit. Kłodą piątą tarczyca. Zbierałam na barki swoich pleców, nosiłam jak kilogramy. Dodatkowe ciężary, które w pewnym momencie nie robiły mi już różnicy.

Dzieckiem byłam zabawnym, lubiłam się śmiać i żartować. Nigdy nie dałam poznać po sobie jak mi źle, jak bardzo chciałabym zmienić swoje życie. Nigdy nie powiedziałam, że widziałam jak moja przyjaciółka się ze mnie śmiała. Nigdy nie potwierdziłam,że słyszałam jak moja mama martwiła się o to co jem. Siedziałam cicho, czasem żartując.

Był chyba rok 2009, kiedy nastąpił przełom

Zdrowie padło zupełnie, a ja przestałam mieć siłę na cokolwiek. Wpadałam w coraz to większe problemy emocjonalne, nie chciałam chodzić do szkoły, ciągle czułam się bezsilna. Zoperowałam woreczek żółciowy i nasłuchałam się od lekarzy jak to "natychmiast trzeba schudnąć, bo to wygląda źle!". Ta, jakbym nie wiedziała. Waga osiągnęła wtedy 125 kg przy ok 172 cm wzrostu. Kiedyś tata powiedział,że nawet nie było widać, że ważę aż tyle. No cóż- ważyłam. Dostałam też leki na wszystkie choroby hormonalne, które za sobą ciągnęłam od tylu lat. Zaczęłam walkę. Nawet nie wiem jakim cudem miałam na to siłę, po prostu musiałam, bo moje życie stawało się coraz bardziej żałosne. Teraz nie boje się tego nazwać po imieniu. Takie właśnie było.

Szło mozolnie, strasznie wolno. Wszystkie choroby tylko utrudniały mi tą walkę. Pierwszych kilogramów nawet nie było widać. Budziło to moją frustrację, chciałam być szczupła już teraz. Ubrania też jakoś nie chciały się kurczyć. Trwało to wszystko wieki. Nie wiem co mnie trzymało w tej walce, bo wtedy nie miałam siły nawet na wejście na drugie piętro.

Mijały tygodnie, miesiące, lata. Walka trwa nadal, jest ciężko, bo co chwila odzywa się tarczyca , insulina. Krzyczą jak oszalałe " pamiętaj o nas!". Obecnie ważę 88 kg. Walka jeszcze długa, co jest oczywiste. Udało mi się nawet osiągnąć wagę 71 kg, ale tarczyca znów się odezwała, a ustabilizowanie jej zajęło mi ponad rok czasu i 17kg. Jest ciężko, bo w moim wieku człowiek powinien się cieszyć smakami, pić i szaleć. Moja młodość to walka.

Czy warto? Bez dwóch zdań. Gdybym miała się cofnąć w czasie podjęłabym taką samą decyzję jak wtedy. Zaczęłabym walczyć. O siebie, o dobre komentarze na ulicy, o akceptację świata.


Na blogu pojawią się dokładne pomoce w odchudzaniu, jadłospisy, w związku z moimi studiami ( psychologia) trochę motywacji i elementów, które bez wątpienia pomogą nam w tej walce.

Jest tu ktoś ze mną? Jest tu jakiś waleczny człowiek, który toczy swoją życiową wojnę ? Idziemy po zwycięstwo ?

0 komentarze:

Prześlij komentarz